Powstanie Warszawskie Heroiczny czyn, czy polityczna głupota? Część III Alternatywa, czyli co by było, gdyby Polacy wygrali?
Powstanie Warszawskie Heroiczny czyn,
czy polityczna głupota?
Część III
Alternatywa, czyli co by było, gdyby Polacy wygrali?
Możemy, a moim zdaniem nawet powinniśmy sobie zadać pytanie, co by się stało, gdyby Polacy wygrali i oswobodzili Warszawę.
Wielu z nas nie lubi tzw. gdybania, czyli co by było, gdyby. Jednak w przypadku powstania warszawskiego powinniśmy wziąć pod uwagę wersję alternatywną, czyli co by się stało, gdyby Polacy wygrali i zdobyli Warszawę. Z punktu widzenia czysto militarnego taka możliwość była praktycznie niemożliwa chyba, że... Niemcy by sami opuścili miasto. Tak dokładnie... opuścili miasto z własnej woli.
Otóż moim zdaniem (a porusza ten wątek znikoma część historyków, czy pasjonatów historii), Hitler w reakcji na wiadomość o wybuchu powstania, popełnił jeden z największych błędów politycznych w swojej karierze.
Część III
Alternatywa, czyli co by było, gdyby Polacy wygrali?
Możemy, a moim zdaniem nawet powinniśmy sobie zadać pytanie, co by się stało, gdyby Polacy wygrali i oswobodzili Warszawę.
Wielu z nas nie lubi tzw. gdybania, czyli co by było, gdyby. Jednak w przypadku powstania warszawskiego powinniśmy wziąć pod uwagę wersję alternatywną, czyli co by się stało, gdyby Polacy wygrali i zdobyli Warszawę. Z punktu widzenia czysto militarnego taka możliwość była praktycznie niemożliwa chyba, że... Niemcy by sami opuścili miasto. Tak dokładnie... opuścili miasto z własnej woli.
Otóż moim zdaniem (a porusza ten wątek znikoma część historyków, czy pasjonatów historii), Hitler w reakcji na wiadomość o wybuchu powstania, popełnił jeden z największych błędów politycznych w swojej karierze.
Dlaczego?
Na początek mała dygresja. Propaganda III Rzeszy kierowana ręką Josepha Goebbelsa za najważniejszy cel swojej działalności przez całą wojnę uważała wbicie klina pomiędzy sojuszników. Każda taka akcja miała pierwszeństwo przed innymi. Niemcy starali się wykorzystać każdą okazję do tego, a takim sztandarowym przykładem był Katyń, który został wręcz wzorowo wykorzystany do poróżnienia Polaków z Rosjanami.
Wybuch powstania mógł być dokładnie tak samo wykorzystany politycznie. Żeby tego dokonać, wystarczyło poddać miasto i wycofać wojska.
Większość czytających powie:
To herezja!
Bzdury!
To byłaby dla nich klęska!
Niemcy nie mogli oddać miasta choćby pod względem militarnym itd.
Jednak spójrzmy na to chłodnym okiem. Tu powinna przeważyć polityka nad militarną stroną takiego rozkazu. Załóżmy hipotetycznie, że Niemcy odchodzą, przy okazji „zostawiając” w mieście dużo, a nawet bardzo dużo broni i amunicji. Władzę przejmuje Armia Krajowa wraz z Delegatami Rządu Londyńskiego w randze ministrów, a do tego ma pod bronią około 30 tysięcy dobrze uzbrojonych powstańców, którzy przejmują zapasy pozostawione przez Niemców. Co by nie powiedzieć AC, NKWD, a nawet sam Stalin mieliby niezły pasztet. Zamiast zniszczonego i wyludnionego miasta ruin zastaliby Warszawę wyzwoloną przez AK, uzbrojoną po zęby, a do tego podlegającą nieuznawanemu przez ZSRR rządowi w Londynie.
Taka sytuacja to nie żarty, bo w końcu Polacy to też sojusznicy przynajmniej oficjalnie.
Moim zdaniem Stalin miałby poważny problem!!!
Tak się szczęśliwie składa, że w tym wątku mogę
wam opisać wspomnienia mojego znajomego Stanisława, który był
żołnierzem chyba (tego nie jestem pewien, bo w zapiskach nie mam
podanej jednostki) 2 dywizji Ludowego Wojska Polskiego, który
znalazł się na Pradze w sierpniu 1944 roku.
Ten bardzo doświadczony w 1944 roku żołnierz, miał pecha znaleźć się z żoną na wschodnich terenach Polski we wrześniu 1939 roku. Kiedy te tereny zajęła Armia Czerwona, oboje zostali aresztowani i osadzeni w jednym z doraźnie powstałych obozów dla Polaków (nazywało się ich wrogimi elementami). Po kilku dniach przesłuchujący znajomego oficer (zapewne NKWD), powiedział krótko: jak chce, żeby jego żona mogła wrócić do Polski (czyli przejść z odpowiednimi dokumentami przez granicę III Rzeszy z ZSRR), on musi na ochotnika zgłosić się do AC. Nie miał innego wyjścia i został żołnierzem Armii Czerwonej. Przeszedł piekło (walczył m.in. pod Stalingradem). Kiedy powstawała armia Andersa, nie dostał zgody oficera NKWD, który stwierdził, że jako komunista (za takiego się podawał), nie może iść, do jak to nazwał burżuazyjnej polskiej armii i dodał, że jego miejsce jest tutaj. Kiedy jednak powstała armia polska w ZSRR (Berlinga), udało mu się do niej dostać tylko dlatego, że kiedy został ciężko ranny, leżał w szpitalu obok oficera, który miał po wyleczeniu być skierowany jako oficer polityczny do polskiego wojska i ten Rosjanin mu pomógł.
Jego historię, która jest bardzo ciekawa, przedstawię osobno.
Ten człowiek w stopniu podporucznika był dowódcą plutonu zwiadu. Kiedy jego oddział dostał rozkaz przepłynięcia na drugi brzeg Wisły na pomoc powstańcom w jego łódź jeszcze przed wypłynięciem, trafił pocisk moździerzowy. Stanisław został ciężko ranny, ale ten pocisk uratował mu życie, bo wszyscy jego koledzy zginęli albo podczas przeprawy na drugi brzeg dostając się pod ogień karabinów maszynowych i moździerzy, albo w kilka dni później, kiedy Niemcy odcięli ich od powstańców i wybili do nogi.
Wracając do wątku głównego, Stanisław znalazł się w sierpniu, na Pradze i stamtąd mógł zobaczyć walczącą Warszawę. Jak wspomina wśród zarówno oficerów, jak i żołnierzy panowało spore podniecenie i oczywiście chęć pomocy powstańcom. W rozmowach szczególnie między młodszymi oficerami po wypiciu sporej ilości wódki, czy spirytusu (a pito tam bardzo wiele) wszyscy zadawali sobie pytania.
Ten bardzo doświadczony w 1944 roku żołnierz, miał pecha znaleźć się z żoną na wschodnich terenach Polski we wrześniu 1939 roku. Kiedy te tereny zajęła Armia Czerwona, oboje zostali aresztowani i osadzeni w jednym z doraźnie powstałych obozów dla Polaków (nazywało się ich wrogimi elementami). Po kilku dniach przesłuchujący znajomego oficer (zapewne NKWD), powiedział krótko: jak chce, żeby jego żona mogła wrócić do Polski (czyli przejść z odpowiednimi dokumentami przez granicę III Rzeszy z ZSRR), on musi na ochotnika zgłosić się do AC. Nie miał innego wyjścia i został żołnierzem Armii Czerwonej. Przeszedł piekło (walczył m.in. pod Stalingradem). Kiedy powstawała armia Andersa, nie dostał zgody oficera NKWD, który stwierdził, że jako komunista (za takiego się podawał), nie może iść, do jak to nazwał burżuazyjnej polskiej armii i dodał, że jego miejsce jest tutaj. Kiedy jednak powstała armia polska w ZSRR (Berlinga), udało mu się do niej dostać tylko dlatego, że kiedy został ciężko ranny, leżał w szpitalu obok oficera, który miał po wyleczeniu być skierowany jako oficer polityczny do polskiego wojska i ten Rosjanin mu pomógł.
Jego historię, która jest bardzo ciekawa, przedstawię osobno.
Ten człowiek w stopniu podporucznika był dowódcą plutonu zwiadu. Kiedy jego oddział dostał rozkaz przepłynięcia na drugi brzeg Wisły na pomoc powstańcom w jego łódź jeszcze przed wypłynięciem, trafił pocisk moździerzowy. Stanisław został ciężko ranny, ale ten pocisk uratował mu życie, bo wszyscy jego koledzy zginęli albo podczas przeprawy na drugi brzeg dostając się pod ogień karabinów maszynowych i moździerzy, albo w kilka dni później, kiedy Niemcy odcięli ich od powstańców i wybili do nogi.
Wracając do wątku głównego, Stanisław znalazł się w sierpniu, na Pradze i stamtąd mógł zobaczyć walczącą Warszawę. Jak wspomina wśród zarówno oficerów, jak i żołnierzy panowało spore podniecenie i oczywiście chęć pomocy powstańcom. W rozmowach szczególnie między młodszymi oficerami po wypiciu sporej ilości wódki, czy spirytusu (a pito tam bardzo wiele) wszyscy zadawali sobie pytania.
- Jaki sens ma to Powstanie?
- Co mają zrobić w takim wypadku?
- Czy i kiedy dostana rozkaz przyjścia z pomocą powstaniu?
- Jak zareagują wyżsi dowódcy WP?
Kiedy wreszcie dostali rozkaz przepłynięcia Wisły i stworzenie przyczółku ruszyli z wielką radością, mimo że było to praktycznie samobójstwo (Wisła była pod ciągłym i ogniem niemieckich dział, moździerzy i karabinów maszynowych – a co potrafił MG 42, nie muszę dodawać).
Kiedy zapytałem, jak on to wtedy widział, co czuł, odpowiedział, że strach, ale także ogromną chęć pomocy walczącym na drugim brzegu rodakom. Kiedy został ranny, już w szpitalu dowiedział się o śmierci swoich kolegów.
Zapytałem go, co stałoby się, gdyby Polacy wygrali i przegonili Niemców z Warszawy. Odparł, że najprawdopodobniej polskie oddziały zostałyby wycofane z Warszawy i okolic a na ich miejsce przyszłaby jak to nazwał "swołocz" - (ludzie budzący odrazę swoim zachowaniem lub wyglądem) syberyjska, mongolska, albo inna, która by w tydzień spacyfikowała miasto. Zważywszy, że Stanisław walczył praktycznie od jesieni 1941 roku w AC, chyba wiedział, co mówi, ponieważ miał do czynienia z takimi oddziałami choćby pod Stalingradem, gdzie jak wspominał był wiele razy świadkiem mordów, jakich ci barbarzyńcy dokonywali na Niemcach (obojętnie czy podczas walki, czy na jeńcach, a czasami również na samych Rosjanach). To był prawdziwy motłoch, nieumiejący pisać, ani czytać, strzelający nawet do zegarów biorąc je za bomby, czy miny. Tych pseudo żołnierzy nie szanowali nawet sami dowódcy radzieccy, wysyłając na najgorsze odcinki.
I co najważniejsze: Stanisław był przekonany, że gdyby nawet Powstanie zwyciężyło w Warszawie to i tak AC spacyfikowałaby miasto.
Tyle wspomnień.
Moim zdaniem możliwe byłyby trzy scenariusze:
1. Jak twierdził znajomy, Polacy z armii Berlinga zostają wycofani gdzieś daleko i do tego otoczeni wojskami radzieckimi, a do stolicy zostają skierowane dywizje „swołoczy” z zadaniem pacyfikacji miasta bez względu na straty i koszty. Taka akcja doprowadziłaby do mniej więcej tego samego, co przy klęsce w walce z Niemcami, czyli pobicia powstańców, masakry cywili i zniszczenia miasta.
Taka sytuacja byłaby wręcz idealna dla Goebbelsa, który mógłby powiadomić cały świat, że w stolicy Polski Rosjanie mordują Polaków po zwycięskim powstaniu. Myślę, że taka wiadomość poruszyłaby świat zachodni dużo bardziej niż te ulice pełne krwi w słowach generała Okulickiego.
Jakby nie patrzeć sojusznik atakuje sojusznika, przynajmniej oficjalnie.
2. Stalin pogodziłby się z władzami Warszawy, a nawet przystałby na stworzenie w przyszłości rządu koalicyjnego wraz z członkami władz londyńskich. A jednocześnie wydał rozkaz wcielania powstańców do armii Berlinga (nawet pod dowództwem oficerów AK), a potem powoli starałby się siłami NKWD spacyfikować miasto, usuwać dowódców podległych Londynowi. Czyli w zasadzie doprowadziłby do tego samego, ale zabrałoby mu to więcej czasu. Jednak ocalałoby miasto i przynajmniej większość mieszkańców.
3. Na rozkaz Stalina Warszawa zostaje otoczona bardzo silnym i szczelnym kordonem „swołoczy”, która ma za zadanie nie wpuszczać, ani nie wypuszczać nikogo, a także nie dopuszczać żadnych dostaw żywności, opału ani niczego innego. Do tego wyłączony zostałby dopływ wody, prądu i
gazu. Warszawa zostałaby skazana na głód, brak wody itd., a warunkiem odwołania tego rozkazu byłaby kapitulacja AK – oczywiście bezwarunkowa. Tu znowu Goebbels miałby wielkie pole do manewru.
Reasumując, można założyć, że Hitler mimo wszystko popełnił wielki błąd, wydając rozkaz pacyfikacji miasta. Dla niego i jego propagandy dużo lepszym rozwiązaniem byłoby wycofać wojska i zostawić cały ten „bałagan” Stalinowi, stawiając go przed faktem dokonanym.
Niestety jak bym miał obstawiać, to postawiłbym na pierwszy wariant. Stalin w 1944 roku czuł się już tak mocny, że miałby w d... to, co o pacyfikacji „sojuszników” powie świat.
Nieszczęście Polaków w 1944 roku polegało na tym, że cokolwiek by zrobili, czy nie zrobili, wyrok na nas już zapadł w Teheranie. Nasi „niby sprzymierzeńcy”, czyli WB i USA oddali nas pod but Stalina. Praktycznie AK nie miała już racji bytu. Rząd Londyński był już w zasadzie tylko marionetką co najwyżej tolerowaną przez Aliantów zachodnich, a dla Stalina nie istniał wcale.
Na końcu należy sobie zadać pytanie, czy Polacy a szczególnie AK miała jakąś alternatywę. Przeglądając materiały, natrafiłem na kilka takich alternatywnych rozwiązań, ale przytoczę tu tylko dwa:
1. Próbować dogadać się z Niemcami, żeby
wspólnie walczyć z Rosjanami. To byłoby możliwe, ale już nie w
1944 roku. Można było, jak twierdzi choćby prof. Wieczorkiewicz
zawrzeć sojusz z Niemcami w 1938/9 roku i poczekać, aż Niemcy
pokonają Francję a później wspólnie uderzyć na Rosję. To jakiś
wariant, ale nie będę tu go opisywał, bo to materiał na osobny
artykuł. Może jeszcze po klęsce wrześniowej, może. Jednak jak
ktoś mądrze powiedział, w 1944 roku było ponad pięć milionów
powodów, żeby tego nie robić (straty Polaków, zabitych przez
okupanta). Nie można było tego zrobić po masowym terrorze, jaki
nam zgotowali przez 5 lat okupacji (choć gwoli prawdy były takie
próby porozumienia szczególnie między AK, a Abwehrą – czyli
wywiadem wojskowym III Rzeszy).
2. Kiedy już było wiadomo, że Polska została sprzedana wujaszkowi ze wschodu, AK powinna nawet w porozumieniu z Niemcami przerzucić na zachód, choć część najbardziej inteligentnych, wykwalifikowanych i wyszkolonych ludzi, czyli tzw. elitę ratując ich przed zbrodniarzami ze wschodu. Muszę przyznać, że choć pewnie logistycznie byłby to ogromny problem, zasadniczo sam pomysł wydaje się warty rozważenia. Po tym, co zrobiło NKWD i inne służby w Polsce po 1945 roku (gdzie praktycznie wyniszczono polską inteligencję) uratowanie nawet kilku tysięcy ludzi miałoby sens. Jednak to byłaby kropla w morzu. AK liczyła w 1944 roku około 450-500 tys. ludzi, więc ogromna większość i tak zostałaby w kraju na łasce nowego okupanta.
Patrząc tak z politycznego punktu widzenia, jakiekolwiek działania AK w Polsce w 1944 roku były skazane na porażkę. Mieliśmy w tym momencie dwóch wrogów, a walka z oboma naraz była samobójstwem. To była polska „Grecka Tragedia”. Każdy ruch był zły i skazany na porażkę.
2. Kiedy już było wiadomo, że Polska została sprzedana wujaszkowi ze wschodu, AK powinna nawet w porozumieniu z Niemcami przerzucić na zachód, choć część najbardziej inteligentnych, wykwalifikowanych i wyszkolonych ludzi, czyli tzw. elitę ratując ich przed zbrodniarzami ze wschodu. Muszę przyznać, że choć pewnie logistycznie byłby to ogromny problem, zasadniczo sam pomysł wydaje się warty rozważenia. Po tym, co zrobiło NKWD i inne służby w Polsce po 1945 roku (gdzie praktycznie wyniszczono polską inteligencję) uratowanie nawet kilku tysięcy ludzi miałoby sens. Jednak to byłaby kropla w morzu. AK liczyła w 1944 roku około 450-500 tys. ludzi, więc ogromna większość i tak zostałaby w kraju na łasce nowego okupanta.
Patrząc tak z politycznego punktu widzenia, jakiekolwiek działania AK w Polsce w 1944 roku były skazane na porażkę. Mieliśmy w tym momencie dwóch wrogów, a walka z oboma naraz była samobójstwem. To była polska „Grecka Tragedia”. Każdy ruch był zły i skazany na porażkę.
Grecka Tragedia – gatunek dramatyczny powstały w starożytnej Grecji. Geneza – słowo tragedia
pochodzi z połączenia dwóch greckich słów tragom (kozioł) i ode (pieśń). Skrótowo można powiedzieć, że słowem Tragedia można opisać utwory, których ośrodkiem i motorem akcji jest nieprzezwyciężony konflikt między dążeniami wybitnej jednostki a siłami wyższymi, czyli „tragizm”. Bohaterowie tragedii są uwikłani w konflikt tragiczny, a ich czas, działanie są uzależnione od siły wyższej, fatum.
Dla nas Polaków tą siłą wyższą, czyli fatum była polityka naszych pseudo sojuszników, czyli WB i USA, którzy sprzedali nas za garść srebrników Stalinowi. Kiedy to już się stało „zostaliśmy postawieni pod ścianą i mogliśmy tylko czekać, aż nas rozstrzelają”, co się zresztą stało.
To dla nas lekcja poglądowa pokazująca jak można liczyć na sojuszników, którzy mają inne cele niż my Polacy. Dotyczy to także obecnej sytuacji, czyli naszej obecności w NATO. Bądźmy choć raz w historii mądrzejsi przed szkodą, a nie po niej. Można mieć sojuszników, ale lepiej wierzyć we własne siły niż na nich liczyć.
Zdjęcie: Domena Publiczna
Komentarze
Prześlij komentarz