Wspomnienia z okupowanego Poznania. Dziwny diabeł z SS
Niestety, taki był
rozkaz i nie pozostało nic innego jak go wykonać. Nie było to
łatwe, każdy z nas z łezką w oku patrzył na budynek szkoły. To
był nasz świat od kilku lat. Teraz wyrzucono wszystkich, bo jak się
okazało, miał tam powstać magazyn. Niemcy uważali, że już dość
umiemy jak na podludzi, czyli takich prawie darmowych niewolników.
Wystarczy że znamy podstawy matematyki, czyli umiemy liczyć, a
także znamy podstawowe polecenia po niemiecku.
Irek trafił trzeba
powiedzieć uczciwie całkiem nieźle. Dostał skierowanie do
warsztatu naprawy radioodbiorników, który mieścił się w budynku
przy ulicy Gwarnej w Poznaniu. Serwis prowadziła pani Schuster,
Niemka mieszkająca od lat w Poznaniu. Była sama, bo jej mąż
służył jako oficer Kriegsmarine i bardzo rzadko przyjeżdżał do
domu. Właścicielka nie była nazistką i dlatego od samego początku
traktowała chłopca całkiem dobrze. Pozwalała mu nawet rozmawiać
po polsku, oczywiście kiedy nie było akurat klientów w sklepie.
Praca polegała na
odwożeniu naprawionych, albo przywożeniu uszkodzonych odbiorników
radiowych (a radia były duże i ciężkie). Do tego celu miał
specjalny wózek na którym umieszczał radio i ciągnąc zawoził
pod wskazany adres. Praca była ciężka i niebezpieczna bo
codziennie przemierzał wiele kilometrów i ciągle był narażony na
spotkanie z niemieckimi patrolami. Na szczęście dla
niego, Pani Schuster miała przyjaciela w sztabie Wehrmachtu na
Alejach Marcinkowskich i dzięki temu, miał specjalną przepustkę
na której było napisane, że warsztat pracuje dla niemieckiej
armii. Ten dokument wiele razy uratował mu skórę. Jednak cały
czas starał się omijać w miarę możliwości wszelkie patrole, co
czasami mu się udawało.
Pewnego dnia chyba latem
1943 roku do warsztatu przyszedł oficer SS w czarnym mundurze. Kiedy
Irek go zobaczył to z przerażenia uciekł do magazynu. Był nawet
moment w którym chciał uciec z warsztatu. Na szczęście oficer
przyszedł tylko odebrać radio z naprawy. Był to jeden z
pierwszych klawiszowych Telefunkenów, dopiero niedawno wprowadzonych
do sprzedaży. Pani Schuster wezwała młodzieńca i pokazała mu
radio. Młodzieniec natychmiast owinął aparat papierem i bardzo
szybko umieścił na wózku. Starał się przy tym broń Boże nie
patrzeć na esesmana. Szybko wyjechał na dwór, czekając na
oficera. Ten zapłacił, pozdrowił właścicielkę , po czym ruszył
pieszo ulicą Św. Marcina.
Irek szedł za nim
starając się dotrzymać kroku. Patrzył pod nogi, bojąc się
spojrzeć w górę. Trochę go zdziwiło, że oficer nie ma
samochodu, ale bez słowa szedł za nim. Był tak przerażony, że
ledwie mógł iść. Cały czas wydawało mu się, że ten „czarny”
zastrzeli go tak choćby dla kaprysu, albo pobije. Młodzieniec miał
tylko dwanaście lat, ale wiedział już do czego są zdolne te
Diabły w czarnych mundurach. Okupacja bardzo szybko uczyła nawet
tak młodych ludzi, kogo trzeba się bać. Szli tak dość długo,
bo aż na Wildę. Oficer szedł z podniesiona głowa i miał taką
minę jakby cały świat do niego należał. Widać i czuć było
bijącą od niego władzę i potęgę tak mocno, że nawet patrole
omijały go z daleka. W końcu doszli do kamienicy i dużych
drewnianych drzwi gdzieś na ulicy chyba Kosińskiego. Oficer
otworzył drzwi i wszedł do środka. Irek wziął z wózka radio i
wszedł za nim.
Kiedy już postawił
radio w pokoju wydarzyło się coś niesamowitego.
Ten butny oficer o twarzy
demona uśmiechnął się i rzekł po polsku.
- Siadaj chłopcze.
Poczekaj chwilę – po tych słowach zawołał również po polsku
służącą. Chłopak był tak zszokowany, że nawet nie odważył
się usiąść. Stał i patrzył wielkimi ze zdziwienia oczami na
tego „Diabła”. Do głowy przychodziły mu różne myśli, z tymi
najgorszymi na czele.
Jednak kiedy oficer
poszedł do pokoju, zdecydował się usiąść. Było to z jego
strony wielkie ryzyko, bo nie wiedział, czy esesman sobie z niego
nie żartuje. Nic jednak się nie wydarzyło. Po chwili przyszła
służąca z herbatą i kanapkami z kiełbasą. Irek na widok
kiełbasy do reszty zgłupiał. U nich w domu, już nie
pamiętał kiedy coś takiego jadł. Jednak nie odważył się wziąć
chleba do ręki. Po prostu patrzył na postawiony obok talerz. W
końcu wrócił oficer i widząc niezdecydowanie chłopca po raz
kolejny uśmiechnął się i powiedział, że ma się nie bać i
jeść. Powoli sięgnął po skibkę… Czekał na uderzenie, ale to
nie nastąpiło. „Diabeł” odwrócił się i odszedł. Teraz już
zaczął jeść, bo szczerze mówiąc był głodny. Zjadł wszystko i
po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł się najedzony. A ten smak
kiełbasy... pozostał mu do dzisiaj.
Kiedy skończył esesman
zapytał go czy pali papierosy. Odparł, że nie. Wtedy oficer
zapytał, czy jego ojciec pali. Potwierdził. Czarny otworzył
szafę, wyciągnął dużą garść papierosów, zawinął w papier i
dał zszokowanemu chłopcu, który patrzył na niego i nie mógł
wypowiedzieć ani słowa. W końcu podziękował głosem tak cichym,
że pewnie esesman nawet go nie usłyszał. Był nadal w szoku, kiedy
wyszedł na dwór i szybko skierował się do warsztatu. Oczywiście
nie powiedział ani słowa, nie wiedząc jak zareaguje na to Niemka.
Kiedy opowiedział całą
historię w domu nikt mu nie chciał uwierzyć, wszyscy tylko pytali
skąd ma papierosy. Nikomu w głowie się nie mieściło, że tak
może się zachować w stosunku do Polaka oficer SS. Jednak Irek
wiedział jedno. Ten oficer był Polakiem, bo mówił po polsku
całkiem normalnie. Ta sprawa nie została rozwiązana, choć
młodzieniec wiele razy wracał do niej pamięcią i zastanawiał
się, kto to był tak naprawdę. Bo jeśli to był „Diabeł”, to
jakiś dziwny...
Ten tekst powstał na
podstawie autentycznej historii, opowiedzianej mi jeszcze w latach
80-tych (na szczęście zapisałem to w zeszycie, a ten przetrwał do
dzisiaj).



Komentarze
Prześlij komentarz