Batalion karny
Kapitan Zajcew wychylił się z okopu. Było to dość ryzykowne, zważywszy na snajperów, ale pozwalało spojrzeć na pole. Zobaczył czołgi Panzer IV, przynajmniej dwadzieścia i rozrzuconych w tyralierę Niemców. W pełnym słońcu widać było odbijające się na ich pancerzach promienie. Byli nie dalej jak pięćset, może sześćset metrów od nich. Spojrzał na linie obrony i zobaczył, że jego ludzie walczą, strzelają, ale było ich coraz mniej. Jego czwarty batalion karny przydzielony do 74. dywizji piechoty odpierał ataki Niemców już trzeci dzień. Z czterystu pięćdziesięciu ośmiu ludzi pozostało nie więcej jak stupięćdziesięciu. Z czterech przydzielonych im dział przeciwpancernych kaliber 76 mm, sprawne pozostało jedno, a do tego dwa kaliber 45 mm. Za mało, żeby zniszczyć te wszystkie stalowe potwory, które właśnie się zbliżały.
Zajcew wiedział, że jego ludzie są skrajnie wykończeni, amunicji coraz mniej, a do tego większość z dowódców kompanii czy plutonów już nie żyła. Nie miał innego wyjścia jak zawiadomić po raz kolejny sztab dywizji o tragicznym położeniu.
- Markow! – krzyknął – łącz z dowództwem dywizji!
- Halo, halo, melduje się kapitan Zajcew. Tak trzymamy się, ale mamy ogromne straty, pozostało około stupięćdziesięciu ludzi, z czego część ranna. Sprawne jedno działo. Amunicja się kończy – krzyczał do słuchawki, starając się, żeby jego głos był słyszalny, bo naokoło wciąż wybuchały pociski.
Zastępca 74. dywizji do spraw politycznych pułkownik Miedochin ledwie słyszał, co kapitan do niego mówi.
- Musisz się utrzymać. Tak wiem. Rozumiem. Jutro dostaniesz posiłki. Zajcew ja wszystko rozumiem, ale musisz wytrzymać do wieczora. To rozkaz – Miedochin odłożył słuchawkę i westchnął, spojrzawszy na dowódcę dywizji generała majora Kuzniecowa.
- Wiem, wiem, co myślisz, ale nic nie mogę zrobić. Nie mam kogo tam posłać. Rozumiesz! Wszyscy już walczą, nawet kucharze. Muszą wytrzymać. Czekamy na posiłki. Podobno już są w drodze.
- Towarzyszu generale obaj wiemy, że żadne posiłki nie przyjdą. Niemcy przerwali nasze linie na odcinku stojącej obok nas 143. dywizji i tam wysłano wszystko, co się dało. A batalion Zajcewa nie dość, że najsłabszy w całej dywizji, to broni się trzeci dzień praktycznie bez wsparcia czołgów i z kilkoma działami przeciwpancernymi, przeciwko całej niemieckiej 4 dywizji pancernej.
Generał sięgnął po butelkę i dwie szklanki. Polał do połowy i wypili duszkiem.
- Co kurwa mam zrobić, nasze słabe dywizje bronią odcinka szerokiego na trzydzieści kilometrów, a naprzeciw mamy cały korpus pancerny. Meldowałem o tym dowódcy 65 armii i dobrze wiesz, co mi odpowiedział.
- Kuzniecow dasz radę. Szykujemy cały korpus zmechanizowany do kontrataku, ale potrzebujemy jeszcze kilka dni. To wszystko. Tyle wytrzymacie.
- To może damy im choć wsparcie artylerii?
- Nie mogę, cała artyleria wspomaga 143. dywizję.
- Towarzyszu generale jak załamie się obrona, to my będziemy mieć taki sam problem, jak sąsiedzi, a nawet gorszy, bo nie mamy żadnych rezerw. Proponuje, choć kilkanaście salw z czterech baterii.
- Zwariowałeś! Dowódca armii nas zabije.
- Nie. Jeśli się dowie, że z batalionu została kompania, z jednym działem.
- Jasna cholera, czasami mam ochotę cię zastrzelić. Ty coś za mocno starasz się pomagać temu Zajcewowi. - Kuzniecow pokiwał palcem.
- Bo to nasz najlepszy oficer i towarzysz generał o tym wie. Nikt inny nie utrzymałby się z takim oddziałem przez trzy dni – Miedochin powiedział to takim tonem, że generał aż się wzdrygnął i już chciał wybuchnąć, ale się powstrzymał.
- Niech cię cholera! Dobra łącz z Zajcewem, niech poda koordynaty, ale dziesięć salw.
- Dwadzieścia!
- Ja cię, kurwa, naprawdę zastrzelę albo nie, wyślę cię do Zajcewa i może tak jakiś Niemiec zlituje się nade mną i odstrzeli ten twój zawzięty łeb.
Miedochin już nie słuchał. Znał swojego dowódcę i wiedział, że wygrał. Podszedł do telefonu i zażądał połączenia z batalionem karnym, mając tylko nadzieję, że tam będzie jeszcze kto miał odebrać telefon.
Kapitan Zajcew podbiegł do stojącego kilkanaście metrów od jego stanowiska działa przeciwpancernego. To była jedyna szansa, choć bardzo niewielka. Odsunął celowniczego i sam zaczął celowanie, kierując lufę ku najbliższemu czołgowi. Musiał trafić za pierwszym razem, bo drugiej szansy może już nie mieć. Delikatnie kręcił gałką, aż w końcu przestał. Pocisk już był załadowany, więc odpalił. Po chwili pocisk trafił w czołg, ale ten jakby nigdy nic jechał dalej.
W tej samej chwili podszedł do działa jeden z żołnierzy.
- Kapitanie ja będę celował. Byłem dowódcą baterii, znam to działo.
Nie było czasu na dyskusję. Zajcew wiedział, że spora część przysłanych mu żołnierzy, to byli oficerowie, którzy zostali zdegradowani i wysłani do takich batalionów jak ten.
Po chwili dobiegł go głos kaprala.
- Dowódco, sztab dywizji na linii.
- Melduje się Zajcew. Rozumiem. Już podaję namiary. Dziękuje, to rzeczywiście pomoże nam odeprzeć atak. – Odłożył słuchawkę.
- Wołodia! – krzyknął do jednego z żołnierzy. - Krzyknij po linii, że zaraz zacznie ostrzał naszej artylerii, niech wszyscy schowają się w okopach.
Pociski nadleciały już po kilku minutach. Jednak albo Zajcew podał złe namiary, albo coś się pomyliło artylerzystom, bo pierwsza salwa trafiła idealnie w pozycję obrońców. Kolejna również. Oficer przerażonym wzrokiem patrzył, jak jego ludzie wręcz rozpadają się na kawałki trafieni pociskami z haubic. To istne ognie piekieł, apokalipsa. Wybuchy zabijały znacznie lepiej niż ogień Niemców. Widok przeraził go, powodując szok tak wielki, że Zajcew przez kilka minut stał kompletnie zszokowany. Kapitan podbiegł do miejsca, gdzie był jego sztab, ale dokładnie w tym samym momencie w to miejsce trafił pocisk z haubicy. Zajcew poczuł, jak olbrzymia siła wyrzuca go w powietrze. To była ostatnia rzecz, jaką zobaczył, bo w chwilę później ogarnęła go ciemność.
Kiedy się ocknął, zobaczył jak jego własna artyleria, strzelając wprost w pozycję obrońców, zabiła tych, którzy przetrwali trzy dni walki z Niemcami. Naokoło widać było obraz totalnego zniszczenia, kawałki ciał, rozbite skrzynki z amunicją, a także zniszczone ostatnie działo. Zajcew spojrzał na pole i zobaczył czołg Panzer IV, który był nie dalej jak sto metrów od niego. Kątem oka dostrzegł leżący obok zestaw granatów. Wziął go i powoli zaczął się czołgać w stronę jadącego czołgu. Jego myśli krążyły już tylko wokół tego stalowego potwora, reszta nie miała już znaczenia. Batalion przestał istnieć, a on sam ocalał jakimś cudem, pewnie tylko dlatego, żeby dane mu było zniszczyć ten jeden pojazd.
- Zginiesz, to samobójstwo – pomyślał, ale zaraz przed oczami ukazał mu się obraz setek jego ludzi, zabitych, rozszarpanych przez ogień z dział. On już nie chciał żyć, ale zniszczyć, choć ten jeden czołg. Zaczął się czołgać powoli, tak żeby nie zostać dostrzeżonym przez wizjer czołgu. Miał szczęście, bo mimo że przecież był widoczny jakoś karabin maszynowy zamontowany na Panzer IV milczał. Kiedy już odległość wynosiła nie więcej, jak dziesięć metrów podniósł się na kolana. Wyciągnął zawleczkę i najmocniej jak mógł wyrzucił zestaw granatów prosto pod gąsienicę czołgu. Po chwili granaty eksplodowały, czołg stanął i zaczął dymić. Zajcew podniósł się, wstał, a w tym samym momencie przeszyły go serie z karabinów maszynowych. Upadł powoli, ale na jego ustach pozostał uśmiech. Zrobił to, co chciał, czołg został trafiony. Reszta była już nieistotna.


Komentarze
Prześlij komentarz